środa, 16 sierpnia 2017

Suwalszczyzna - fotorelacja z podróży

Mam wrażenie, że niektórzy uważają, że wakacje w kraju to nie wakacje. Żeby wypocząć trzeba lecieć za granicę, koniecznie nad morze, gdzie całymi dniami przy temp. ponad 40℃ można beztrosko wylegiwać się na plaży i nie robić NIC. Dosłownie nic... Jeśli komuś taki wypoczynek odpowiada - ok. Ale to zdecydowanie nie dla mnie. Ciepłe kraje - jasne, ale po to żeby pozwiedzać, poznać inną kulturę, no i przede wszystkim kuchnię :). Wydaje mi się, że w naszym kraju jest wiele niedocenianych regionów, chociaż dzięki temu jest tam zwykle mniej turystów, a więc spokój i cisza gwarantowane. W tym roku udało mi się odwiedzić Suwalszczyznę - przynajmniej jej część, bo niespełna tygodniowy wypoczynek to zdecydowanie za krótko, aby zwiedzić całą okolicę. 

Zatrzymaliśmy się w miejscowości Gawrych Ruda w Rezydencji nad Wigrami. Bezpośrednio z ośrodka można było zejść na małą plażę nad jeziorem Staw (wbrew nazwie - jezioro Wigry było zaraz obok). Wybraliśmy oczywiście aktywny wypoczynek. Mieliśmy zapewnione wyżywienie (śniadania + obiadokolacje), do tego spływ kajakowy, wycieczka do Wilna oraz jeden dzień rowerów gratis (standardowo rowery wypożyczane za opłatą). Największym atutem miejsca w którym nocowaliśmy (zaraz po świetnym położeniu i pięknej okolicy) była zdecydowanie kuchnia. Wydawałoby się proste, domowe jedzenie - ale serio, dawno nie jadłam tak świetnej buraczkowej :). Codziennie proponowano nam coś innego, zwykle było to mięso lub ryby do wyboru. Udało mi się spróbować m.in. kaczki, sielawy, pstrąga, szczupaka (pyszny!). Trochę martwiłam się o śniadania, czy znajdę tam coś dla siebie, ale wybór był naprawdę ogromny. Mnóstwo warzyw, do tego różne rodzaje serów, wędlin, chleba, jajecznica, czasem naleśniki, raz nawet trafiłam na pierogi z truskawkami. Jeśli ktoś szuka miejsca blisko natury i jednocześnie pysznej kuchni, to będzie to dobry wybór :).

Widok z tarasu

Jeden z obiadów - kaczka


Wieczorni goście na jeziorem Staw



Pierwszego dnia wybraliśmy się na rajd rowerowy dookoła jeziora Wigry. Trasa liczyła niecałe 50 km i wiodła przez Wigierski Park Narodowy.  Po drodze odwiedziliśmy też Klasztor Pokamedulski w Wigrach. 

Widok z wieży widokowej na trasie
Po drodze liczne kładki w lesie

Klasztor w Wigrach


Dzika przyroda po drodze...
... i ta mniej dzika :)
Toalety znajdujące się na terenie Wigierskiego PN

Gdzieś na trasie :)
Kolejnym punktem była wycieczka do Wilna. Nie jestem fanką takich zorganizowanych wycieczek, ale raz na jakiś czas na pewno nie zaszkodzi :). Odwiedziliśmy tylko kilka najważniejszych miejsc, po drodze odwiedzając jeszcze zamek w Trokach. Byliśmy w tylu kościołach, że już trochę się pogubiłam który jest który - nie jestem w stanie wszystkich podpisać.

Zamek w Trokach
Cmentarz na Rossie
Kościół Św. Piotra i Pawła - biały barok
Jedna z rzeźb w kościele
Matka Boża Ostrobramska
Gdzieś w Wilnie :)
 Będąc na Litwie udało mi się przy okazji kupić takie kosmetyki:


Nigdy wcześniej nie spotkałam się z firmą Greenland, ale pomadka ma bardzo fajny skład, więc jeśli gdzieś jeszcze spotkam to na pewno skuszę się na kosmetyki z tej firmy. Wracając do wyjazdu...

Jedną z ciekawszych atrakcji był spływ kajakowy Czarną Hańczą. Niedługi, bo odcinek miał ok. 10 km, ale za to bardzo malowniczy. A woda w rzece - kryształ. Poza tym kaczki wścibskie trochę jak gołębie na dworcu i mnóstwo ważek wokół :).


A że ze spływem wyrobiliśmy się w jakieś 2,5 h, to na dobitkę wzięliśmy jeszcze rowery na koniec dnia :).

Kolejnego dnia postanowiliśmy odwiedzić oddalone o niecałe 10 km Suwałki - oczywiście rowerem. Na szczęście burza złapała nas, kiedy byliśmy już na miejscu :). Deszczowa aura zachęcała raczej do odkrywania kulinarnych tajemnic regionu niż do intensywnych wycieczek po mieście, więc szybko trafiliśmy do Kuchni Tatarskiej u Alika. Zamówiliśmy drożdżowego pieroga - kibina oraz kołduny w rosole. Kibin nie porwał, ale za to kołduny były świetne, idealne na taką pogodę. Po drodze odwiedziliśmy też muzeum i wystawę malarską. Miejscem, które zauroczyło nas swoim oryginalnym wystrojem, było Rozmarino. To tu zjadłam dość ciekawie podaną przystawkę z regionalnym serem - Zielony torcik po suwalsku. Bezy nie próbowałam, ale podobno krem był pyszny :). Wracając zajechaliśmy po domowego sękacza do Pani Sowy. Udało mu się nawet przetrwać w jednym kawałku podróż powrotną :).

Kibin u Alika
Kołduny
Zielony torcik w Rozmarino
Torcik bezowy z kremem daktylowym
Sękacz
Ostatniego dnia postanowiliśmy wybrać się na obiad ,,do konkurencji", czyli do Hotelu nad Wigrami. Na początek śledź po wigiersku. Właściwie był to klasyczny śledzik z cebulką, bardzo smaczny zresztą, ale porcja za to spokojnie starczyłaby dla dwóch osób... potem do tego równie wielki blin ziemniaczany z kapustą i na dobitkę pozwoliłam sobie na sorbet owocowy. I to był błąd - do końca dnia nie byłam w stanie się poruszać - ale od czego są wakacje :) 

Śledź po wigiersku

Blin z kapustą
W dzień wyjazdu z pięknej Suwalszczyzny postanowiliśmy jeszcze odwiedzić Ranczo Frontiera. Smak produkowanych tam serów poznaliśmy już wcześniej na Festiwalu Smaku w Grucznie. Oprócz świetnego sera dżersejowego blue oraz owczego blue udało nam się kupić ser dżersejowy dojrzewający 2 lata oraz pyszną, lekko słodką owczą ricottę. Przy okazji mogliśmy zobaczyć zwierzęta mieszkające na Ranczu. Do tej pory nie udało mi się jeszcze w Polsce spotkać lepszych serów i myślę, że poprzeczka została wysoko zawieszona :).

Sery z mleka krów rasy jersey
Ranczo...
...i jego mieszkańcy :)


Wiem, że wiele miejsc na Suwalszczyźnie pozostało do odwiedzenia, choćby pobliskie Sejny czy Augustów, więc jest szansa, że jeszcze kiedyś tu zawitamy. Jeśli zastanawialiście się, czy warto odwiedzić te rejony, to mam nadzieję, że choć trochę Was przekonałam :).

10 komentarzy:

  1. Mam dokładnie takie samo podejście do wakacji - wolę podróżować i zwiedzać, poznać inną kulturę, zachowanie ludzi, architekturę - oczywiście, także z pewną dozą lenistwa. Ale leżenie plackiem na plaży przez tydzień jest nie dla mnie :P

    Na Suwalszczyźnie nie byłam, ale mój tata pochodzi spod Białowieży. Uwielbiam tę naturę i prostotę, człowiek może odetchnąć i odciąć się od świata :) Piękną miałaś wycieczkę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Białowieży miałam szczęście być i muszę przyznać, że w tym regionie jest chyba jedna z najsmaczniejszych kuchni w Polsce :).

      Usuń
    2. A wiesz, że chyba nic tam w restauracji nie jadłam? Albo jadłam, ale byłam mała i tego nie pamiętam (jak miałam kilka lat - tak do 8. roku życia - jeździłam co roku z rodzicami na wakacje na naszą działkę w lesie, 20 km od Białowieży) :) Znam jedynie regionalne smaki kuchni mojej babci - babkę ziemniaczaną czy chociażby sękacza (którego przywiozła mi babcia nawet na I Komunię Św. :D).

      Usuń
    3. Ja jeszcze wtedy byłam przed zmianą diety i pamiętam, że próbowałam Marcinka wszędzie gdzie się dało :D

      Usuń
  2. Przyjemnie jest pozwiedzać, zobaczyć coś nowego, poznać nowe miejsca, kulturę, poodychać innym powietrzem, zmienić klimat.... to są wakacje :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniała fotorelacja :)
    https://smilingshrimp.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Przepiękne i malownicze krajobrazy. Wspaniała regionalna kuchnia. Super wakacje ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie warto się wybrać :)

      Usuń